Tag

warszawa

Przeglądanie

Nie każdy plan musi być idealny, ale gdy nie ma w nim za krzty rozsądku może być wspaniały!

Tak było też tym razem. Pewnego jesiennego weekendowego dnia, o nienormalnej porze dzwoni mój przyjaciel i mówi:

Wilczek dawaj, wstawaj! Mam coś naprawdę fajnego dla ciebie. Tylko ubierz się ciepło

Zazwyczaj nie trzeba mnie długo namawiać i tak było tym razem. 10 minut i już stałem z kubkiem w ręku wyczekując rasowego pomruku. Dokładnie tak tez było i tym razem, gdy niezaparowanych samochodów wyłoniły się LEDowe światła. Dokładnie te, których nie mogłem pomylić z niczym innym. Moim oczom ukazała się prawdziwa ikona w swojej najnowszej odsłonie, na dodartego była w wersji cabrio. Co wyjaśniało czemu miałem się grubo ubrać.

Czym było to coś fajnego?

Dokładnie to Porsche 911 4 cabrio – czyli mówiąc po ludzku podwójnie doładowane 3.0 typu boxer. Produkujący 380 KM i 450 Nm,  dodatkowo dysponujące funkcją Porsche Sport Response Button (PSRB). Czyli po wciśnięciu przycisku na kierownicy, turbo wchodzi w funkcje “over boost”. Na dodatek skrzynia wchodzi w nastawy wprost z toru wyścigowego. przez najbliższe 20 sekund. Jako wisienka na torcie – najnowsza odmiana skrzyni PDK przekazującej napęd na wszystkie koła.

Doznań wizualnych nie będę Wam opisywał ponieważ poniższa galeria zrobi to lepiej ode mnie. Natomiast muszę powiedzieć, że w jak tylko je ujrzałem miałem trzy myśli:

  • Boski kolor – jakiś Geniusz musiał go wybrać
  • O matko – czemu ten Geniusz wybrał czerwone wnętrze
  • Przesada – te felgi to istna perfekcja

Oczywiście, dach otwarty – klasyczny scenariusz osób które na co dzień nie posiadają auta bez dachu ;) Dla usprawiedliwienia kolegi dodam, ze sam robię dokładnie to samo. Gdy dach się otwiera, budzi się we mnie mały chłopiec!

Krótki rekonesans, klasyczna rozmowa czemu masz wersje 4, a nie 4S. przecież 911 zaczyna się do literki S i wiele takich złotych podwórkowych myśli. Podczas gdy się produkowałem nt. bezsensowności wyboru czerwonego wnętrza i “najsłabszej” 911, wspomniany Kolega przełącza  prosiaka w tryb Sport+ i dodaje gazu. Auto wystrzela do przodu, zza naszych pleców słyszę fajny dźwięk (niestety zduszony przez GPF) boxera, a Porsche przypominam mi że określenie “najsłabsze” jest mocno krzywdzące. Auto jedzie do przodu, zakręty nie są dla niego żadnym problem, zaczynam rozumieć za co Ludzie kochają Prosiaki. To są maszyny do pokonywania zakrętów. tną je z precyzją chirurgicznego skalpela, a prędkość z jaką to robią spokojnie pozwala na angaż w Top Gun.

Jedno jest pewne i chylę głowę przed moją pychą, nie można zapominać że  w przypadku Prosche. Nie ma aut wolnych, bezpłciowych i słabych. Mogą być one słabe w stosunku do swoich kuzynów, ale ich nawet najbardziej podstawowa wersja pozwoli Ci wyskoczyć z klapek (nawet jak masz Kuboty na nogach)!

Resztę dnia spędziliśmy na robieniu zdjęć – zarówno tych w ruchu jak i statycznych. Zwiedziliśmy kilka parków, ale żółte jesienne liście aż same o to prosiły. W tym miejscu muszę podziękować nieocenionemu Bartkowi (zetlab) za zdjęcia które przeszły moje wszelkie  oczekiwania, a cześć  nich już drukuje by zawisły na moich ścianach.

Co sądzę? Pokochałem Porsche? Cabrio to dobry wybór? Czy “zwykłe” Porsche wystarcza? Coś mnie zraziło?

Zacznę od negatywów.

Wnętrze, ono było w tym wszystkim najgorsze. Plastik, plastik, plastik. On był dosłownie wszędzie, a jego jakość była naprawdę daleka od OK. Kierownica aż prosiła się o aluminium, wielka plastikowa listwa na desce też mogła z niego być. Przy aucie za ponad 700.000 PLN to raczej nie jest problem. Powiem otwarcie, bolało to mnie, bolało to mnie że mogło być tak pięknie… Ale brakowało tego czegoś. Oczywiście w konfiguracyjne, mamy opcję innej kierownicy, ale ta ogromna listwa dalej jest na swoim miejscu i to jest smutne.

Czy pokochałem Porsche?

Tak, pokochałem. To auto jest dla kierowcy, prowadzi się świetnie, hamuje, przyśpiesza i to wszystko w “podstawowej” wersji. Banan z buzi mi nie schodził, ale jest jedna rzecz o której muszę powiedzieć ponieważ jest to zupełnie inna galaktyka. Nie jeździłem wcześniej z tak fenomenalną skrzynią biegów Ich PDK to jest istny kosmos! Ta skrzynia w każdej chwili zachowuje się idealnie, jak chce jechać szybko  zmienia biegi niczym bolid F1. Gdy odpuszczam gaz by po chwili go dodać, ona o tym wie i czeka, czeka by wcisnąć mnie w fotel. KOSMOS, kocham, szanuje i podziwiam Inżynierów za to czego dokonali!

Czy trzeba kupować topowy model by być szczęśliwym?

NIE! Absolutnie nie trzeba to najzwyklejsze, dosyć podstawowe Porsche daje Ci tyle frajdy i wszystkiego czego zapragniesz, ze w 98% przypadków nawet nie będzie pamiętał, że nie zdecydowałeś się an Turbo S. Oczywiście, zawsze fajnie być najlepszym i mieć najlepsze. natomiast to co dostajemy w serii jest naprawdę “enough”

P.S. Na sam koniec mam pewną konkluzję, po całym dniu zapomniałem o tym środku który mnie denerwował, uznałem że ta tapicerka z czerwonymi elementami naprawdę pasuje do tego koloru.

Japończycy od zawsze wybierali swoja własną drogę, ale jedno nigdy nie mogliśmy im zarzucić. W ich autach jest serce i to coś co Niemcy za pośrednictwem UE utracili. Dodatkowo pod maską naszego dzisiejszego bohatera drzemie prawdziwy dinozaur motoryzacji -> wolnossące V8 wykorzystujące.

Źle zacząłem, powinienem Wam go przedstawić. Oto Lexus LC500 i to „bez h” czyli ten nawiązujący do przeszłości, ale serwujący tę klasykę w nowoczesnym wydaniu. Jego stylistyka mimo upływu 4 lat od prezentacji dalej potrafi zachwycić, jest dostojna i zasługuje na uwagę każdego użytkownika drogi. Japończycy stworzyli auto ponad czasowe, które nie ma prawa jeszcze długo się znudzić. Pod prawą nogą drzemie 5.0 V8 pracujące w cyklu Atkinsona  i produkuje 464KM najprawdziwszych koni mechanicznych. Takich koni o których w erze turbo zapomnieliśmy i takich za którymi będziemy tęsknić. Po przejechaniu pierwszych kilometrów powiedziałem jedno:

„Wow zapomniałem jak fenomenalne są mocne wolnossące silniki benzynowe”

A z buzi nie schodził mi uśmiech gdy czułem te moc od najniższych obrotów i słuchałem dźwięku wydechu. Nie wiem czy wiecie, ale za ten dźwięk odpowiadali specjaliści z Yamaha, ale nie tej od samochodów tylko tej od sprzętu muzycznego! I wyszło to im rewelacyjnie, przy spokojnej jeździe auto mruczy, ale jak przekraczamy 5.500 rpm to dzieje się magia, ryk i to czego oczekujesz -> wrzask 8 cylindrów ❤

We wnętrzu urzekają mnie fotele które są mega sportowe, ale za razem komfortowe. W rękach trzymamy małe sportowe koło kierownicy, a patrzymy się na zegary inspirowane modelem LFA. Tak, mam na myśli ruchomy pierścień dostosowujący się do wybranego trybu jazdy. Wykonanie, spasowanie jak i same materiały są takie, ze większość (podkreślam większość) niemieckich odpowiedników może brać z nich przykład, a nie widziałem Amerykańskiego auta które mogło by się jakkolwiek do niej zbliżyć.  Jedna rzecz do mnie nie trafiła -> system multimedialny obsługiwany gładzikiem/myszką. To rozwiązanie wydaje mi się mało komfortowe, ale podobno można się do niego przyzwyczaić 😊

Na samym końcu chciałbym ogromnie podziękować salonowi Lexus Radość, bez Was nie moglibyśmy podziwiać poniższej galerii. Za zdjęcia odpowiadał niezastąpiony Bartek Zabielski (@zetlab).

Jak jest?

Niedziela zazwyczaj jest u mnie dniem giełdy, ale tym razem było nieco inaczej.
 
Na zaproszenie Ferrari Warszawa Showroom się nie odmawia. Swoją drogą, jak ktokolwiek może odmówić obcowania z Modelami wprost z Maranello. Okazja też była niezwykła, Polska Premiera najnowszego Ferrari Roma.
 
Pierwsza myśl byłą WOW, druga była nieco bardziej stonowana. Przecież to właśnie to jest “to dziwne Ferrari” które widziałem w internecie, gdzie mojego serca nie skradło.
 
Niedziela, punkt 16, Warszawskie Okęcie, ulica Wirażowa, otwiera się brama, a następnej drzwi i wchodzące do świata, gdzie witają mnie dwa 812 Superfast jak i Pista we własnej osobie.
 
Ale one nie miały znaczenia (tak wiem jak to brzmi ale wtedy tak było) przyjechałem poznać tam Romę, czyli jedno z najbardziej dostojnych Ferrari w historii.
 
Bohaterka wieczoru stała w wydzielonej sekcji z boku salonu, a pierwsze słowa jakie wypowiedziałem… były w sumie żadne ;) Naprawdę mnie zatkało,a potem wymamrotałem WOW, nie sadziłem, że auto które nie kupiło mojego serca na wizualizacjach i materiałach prasowych będzie w stanie zrobić na mnie aż tak dobre wrażenie.
 
Sylwetka tego auta kipi wręcz elegancją, wszystko jest tu naturalne, nic nie jest wymuszone. Własnie to wszystko tworzy elegancję, ale taką naturalną, Włoską.
 
Pod maska znajdziemy 3,9-litrowy, turbo doładowane V8 rozwija 620 KM i 760 Nm. Setka wpada nam po 3,4 sekundy, na 200 kmh potrzeba 9,4 sekundy. Natomiast sprint kończy się na 320kmh.
 
Sylwetka zachwyca nowoczesnością, to prawda, ale środek. Środek to inna galaktyka, nie widzieliśmy jeszcze czegoś takiego w Ferrari i to bardzo mnie cieszy. Połączyli swój klasyczny klimat z nowoczesnością.
 
Na koniec powiem tylko, że Roma jest autem 2+2, ale weźcie to “+2” w duży nawias ;)
 
Klasycznie za zdjęcia dziękuje niezawodnemu Bartkowi z zetlab.pl