fbpx
Test

Opel Grandland X: Jeszcze niemiec czy już francuz?

Poza oczywistym – nazwą – za niemieckością Grandlanda X przemawiają wszystkie aspekty wizualne, z którymi stykamy się zarówno przed jak i po wejściu za kółko. Z zewnątrz zobaczyłem “napompowaną” Astrę z do bólu poprawną, ale zarazem ładną sylwetką. Patrząc na tę konstrukcję widzimy pełnokrwistego Opla z obecnej dekady. Posiada on wszystko to za co cenią go sobie jego klienci. Podobnie czuję się wsiadając do środka, gdzie witają mnie elementy tożsame z innymi modelami producenta. Przyznam szczerze, że ostatni Opel jakim jeździłem miał rok produkcji zaczynający się na 19. Stąd naprawde bardzo optymistycznie i z dużą dozą zainteresowania dorwałem się do tego modelu. Nie ukrywam, że chwilę studiowałem stronę by zlokalizować go w gamie producenta. Jak już dotarłem do bardziej szczegółowych informacji, mogłem rozpocząć zapoznanie. Po lekturze wsiadłem do środka dokładnie go obejrzałem, podotykałem i  popukałem (jak by to nie brzmiało tak było) i wszystko było tak jak zapamiętałem z ostatniego Opla. Nic nie trzeszczało ani nie odpadało. Co miało działać – działało. I nie mówię tu tylko o aspektach wizualnych typu kokpit, schowki, przyciski i pokrętła. Dokładnie takie samo odczucie miałem jadąc. Grandland X nie jest samochodem, który dostarczył mi jakichś niesamowitych emocji. Nie oszukujmy się, nie o to w nim chodzi. Spędziłem w nim weekend i załatwiłem wszystko co miałem załatwić. Bez problemów i trudności zawiózł mnie w każde miejsce jakie musiałem odwiedzić – niezależnie od miejsca. Jazda po centrum Warszawy, parkowanie pomiędzy źle ustawionymi sąsiadami były równie proste i przyjemne jak przejażdżki przez las w błocie (pogoda w czasie testów oczywiście nie dopisała, ale napęd wyłącznie na przód na szczęście tego zbytnio nie utrudniał). W miejskiej dżungli nic nie było mi straszne. Warto dodać, że po ostatnich przygodach z fotelami które po prostu nie były dla mnie, wreszcie mogłem wygodnie usiąść i podróżować skupiając się na celu, a nie na przeżywaniu każdego zakrętu czy różnicy terenu. To co mogło mnie najbardziej interesować to to, czy te dwa pudła z panelami do podłogi zmieszczą się do bagażnika i czy otwierana nogą klapa bagażnika nie przydzwoni w sufit parkingu podziemnego pod Leroyem. Na szczęście obyło się bez przeszkód.
Jeżeli chodzi o same wrażenia z jazdy w tym aucie było mi dobrze. Piszę to jako świadomy kierowca (nie, nie mam zamiaru nikomu się przymilać). Tu było do bólu poprawnie, pewnie i bezpiecznie, czyli dokładnie tak, jak ma być w aucie tej klasy. Klasy w której głównie decyduje design i cena, a nie właściwości jezdne czy innowacyjne technologie prosto z NASA czy SpaceX. Mamy tu wszystko czego potrzebujemy i w żadnym wypadku nie mamy powodu by wstydzić się przed sąsiadem, który podjedzie dopchanym po sufit Tiguanem za jakieś 50 tys. więcej.

Od samochodu wieje francuską technologią – silnik jakby znajomy (widzieliśmy się miesiąc temu podczas testowania nowego Cactusa C4) tylko tutaj było nieco inaczej, zapewne to zasługa skrzyni biegów ponieważ tym razem trafiła mi się manualna przekładnia (i całe szczęście), ponieważ 6-cio biegowy manual jest najlepszym wyborem dla tego auta. Naprawde fajnie zestopniowane przełożenia pozwalały sprawnie się przemieszczać w miejskim zgiełku. Po przebrnięciu przez specyfikację techniczną dowiedziałem się, że od swojego francuskiego kuzyna odziedziczył też płytę podłogową. Bądźmy szczerzy, ta informacja dla 90% osób jest bezwartościowa ponieważ nic im to nie mówi. To, co prędzej zauważycie to system multimedialny, dziwnie znajomy i francuski zarazem. Wszystkie funkcje auta, czy to radio, nawigacja czy  klimatyzacja obsługiwane są przez najnowsze trójkolorowe zdobycze technologii. Wielkim plusem jest możliwość podłączenia telefonu poprzez Apple Car Play czy Androdid Auto. Nie wiem jak Wy, ale ja jestem ogromnym fanem tego rozwiązania, ponieważ nie trzeba ciągle zerkać na kolejne powiadomienia na telefonie. Mam nadzieję, że kiedyś doczekamy się Yanosika na te platformy, ale bez niego też jest fajnie!

Kolejna sprawa – asystenci. Tutaj mam wachlarz możliwości – dobrze działający lane assist nie gubiący się podczas jazdy skrajnym lewym lub prawym pasem, utrzymujący mnie na trasie bezpiecznie i spokojnie (a w połączeniu z tempomatem zapewnia możliwość jazdy bez trzymania nóg na pedałach i rąk na kierownicy). Drugim asystentem jest asystent parkowania, który oferuje, że zaparkuje Grandlanda równolegle do przodu, do tyłu oraz prostopadle tyłem. Wszystkie opcje sprawdziłem i wszystkie zaparkowały tak, że bez problemu zaliczył by mi to każdy egzaminator. Z reguły jestem nieufny wobec tego typu systemów, ale po kilkunastu próbach w różnych miejscach i ustawieniach byłbym w stanie zaufać Grandlandowi, żeby parkował za mnie. Jak już jesteśmy przy parkowaniu (i wolimy robić to sami a nie przy użyciu jakiegokolwiek pomocnika) to sprawa jest bardzo prosta – w testowanej wersji mam kamerę 360 z różnymi opcjami wyświetlania, dzięki czemu mogę wybrać taką, która najbardziej wspomaga moje przyzwyczajenia i pozwoli mi sprawnie zaparkować w każdym miejscu w którym akurat będę miał ochotę się zatrzymać.

Przygoda z Oplem Grandland X była dosyć ciekawym doświadczeniem biorąc pod uwagę, że jest to pierwszy owoc współpracy Opla z francuskim koncernem PSA. Reprezentacja Trójkolorowych występuje w skaldzie: Peugeot 3008, Citroena C5 Aircross i DS 5 Crossback, ale wspólna płyta podłogowa nie pozwoliła Niemieckiemu Oplowi zatracić jego genezy i zachowuje się dokładnie tak jak mogłem się spodziewać i to był ogromny Plus. Ten Opel był tak poprawny i dobry, że na pewno zostanie w mojej pamięci.

 

Dziękuję OPEL za możliwości poznania tego bohatera i oczywiście @zetlab za zdjęcia!

 

Pod tym wpisem nie będzie komentarzy wpadaj na fejsa wilczka i tam podziel się opinią.